Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szycie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szycie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 września 2013

Sukienka zielona, co prawda nie w groszki, ale też urocza

Sukienka nie w groszki, choć są tacy którzy groszki uwielbiają i nie mówię tu wcale o kobietach zakochanych w modzie lat 50. Z mojego doświadczenia wynika, że to płeć brzydka jest entuzjastycznie nastawiona do tego wzoru, ale oczywiście wyłącznie na sukienkach i w dodatku, takich, które ukazują najlepsze walory kobiecej sylwetki, no cóż... Moja sukienka mocno odbiega od tego ideału. 
Tak na pożegnanie lata, w ten ciepły weekend, bo już wkrótce szare i smutne jesienne dni. I grube swetry i mnóstwo innej niepotrzebnej garderoby.
Sukienka jest bardzo prosta, uszyta z wykroju z tej oto strony: papavero.pl. 



środa, 4 września 2013

Mam torebkę haftowaną...

Dziś mam to zaprezentowania coś, czego tu po pierwsze nie było, a po drugie dawno nie było. I już na początku zagmatwałam. Chodzi o to, że technika jeszcze nigdy się tu nie pojawiła, a kategoria przedmiotu owszem, ale od dawna nie tworzyłam nic w tym kierunku.
Tytuł mówi sam za siebie. Moja zielona torba jest już nico zużyta, zresztą opatrzyła się mi już, nadszedł więc czas na zmiany... Zaopatrzona w sklepie przemysłowym w zwykłą płócienną torbę i czarne nici, zainspirowana motywem z papierowej serwetki, stworzyłam oto taki produkt:




Na zrobienie tej torby poświęciłam dwa wieczory, bo ja nie jestem biegła w tej technicce, ogólnie, to nawet nie lubię haftować i unikam tego typu prac, ale tym razem postanowiłam zrobić wyjątek. Oczywiście można również, zamiast haftować namalować na torbie taki wzór farbami lub pisakami do tkanin. Zachęcam do zabawy i chwalenia się swoimi dziełami.

środa, 17 lipca 2013

Lovely light blue dress

Obiecany post ze mną w roli głównej i uszytą sukienka, której wykonanie przedstawiłam TU.
Jak już wspominałam nie mam szans na karierę modelki. Wzrost nikczemny i w dodatku blizny po upadku na rowerze skutecznie utwierdziły moją dyskwalifikację w branży modelingu. Ale tak to sobie przynajmniej postoję chwilę przed obiektywem. Trzeba będzie doszyć jeszcze jeden guzik na plisie, żeby się tak nie rozchodziła. No cóż pozostaje mi życzyć Wam udanych wakacji :)


poniedziałek, 15 lipca 2013

Zrób sobie coś ze starej koszuli

Witam Was ponownie... Bohaterką dzisiejszego wpisu jest błękitna, urocza niezwykle sukieneczka. Została uszyta z dwóch koszul. Znaczy teoretycznie wyglądają trochę jak dżinsowe, ale z zasadzie to bawełna o takim kolorze. Mama mówi, że jest zbyt krótka, ale jak dla mnie może być, chociaż nie oszukujmy się mam nóg modelki, ale nie każdy musi grać w reklamie pończoch.
Kiedy coś szyję albo przerabiam, to zawsze jest pewne ryzyko, że coś się może nie udać lub będę w tym źle wyglądać, nie będzie mi się podobało... Ale tym razem jestem bardzo zadowolona z efektu.
Jak zrobić taką sukienkę? Nie jest to bardzo trudne, ale wymaga trochę zachodu.
Potrzebujemy dwóch koszul lub jednej naprawdę dużej. Koszule mogą być w różnych rozmiarach i jeśli mamy ochotę to w różnym kolorze. Jedna z nich powinna być zdecydowanie szeroka, żeby ładnie się potem układała. Druga może być ściśle dopasowana do ciała.

Projekt

1. Od drugiej koszuli (czyli tej górnej) odcinamy rękawy, względnie można je wypruć, nie wyrzucaj ich na razie, mogą się przydać. Patrz rysunek nr 1.

Rysunek 1

2. Jeśli twoja druga koszula nie jest dopasowana (tak jak moja), należy ją zwęzić. Jeśli jest odpowiedniej szerokości przejdź do punktu nr 4. Wyciągnij z szafy koszulkę, która dobrze na tobie leży - będzie twoim wzornikiem. Zaznacz odpowiednio linie, tak jak na rysunku nr 2. Jeśli nie masz znikopisu rób to na lewej stronie materiału.

Rysunek 2

3. Odetnij nadmiar materiału zostawiając 1,5- 2 cm zapasu na szwy. Zszyj wg zaznaczonych linii i obrzuć, zaprasuj na tył.
4. Koszula jest zazwyczaj dość długa, więc trzeba ją skrócić.Talia wychodzi mniej więcej 39 - 41 cm od ramion, pamiętaj, aby dodać 2 cm zapasu na szwy. Jeśli lubisz wyższy stan odmierz mniejszą odległość, jeśli niższy dodaj jeszcze kilka centymetrów (jeśli jesteś bardzo wysoka lub bardzo niska również; zdradzę, że ja mam trochę ponad 160 cm wzrostu). Operację tę przedstawia rysunek nr 3.

Rysunek 3


5. Ponieważ odcięliśmy rękawy, trzeba teraz ładnie obszyć podkroje pach. Stąd też wycinamy z odciętych rękawów dwa paski o szerokości 6 cm i długości równej obwodowi pachy + 3-4 cm na szwy. Rysunek nr 4 i 5.

Rysunek 4
Rysunek 5

8. Moja sukienka ma tylko stójkę, jest bez kołnierza. Można go jednak zostawić albo wypruć, tak ja zrobiłam.
7. Teraz dół sukienki. Odmierzamy odpowiednią odległość od dolnego brzegu. W zależności od tego jak długa ma być sukienka, mniej więcej od 50 do 40 cm. Oczywiście pamiętaj o 2 cm zapasu na szwy. Narysuj poziomą linię i według niej tnij! Rysunek nr 6.

Rysunek 6

8. Jeśli twoja sukienka ma być szmizjerką, czyli guziki mają być do końca przejdź do punktu 9. Jeśli tak jak ja wolisz półszmizjerkę, odpruj guziki i zszyj razem plisy koszuli (plisa z dziurkami powinna zostać zasłonięta). Rysunek nr 7.

Rysunek 7

9. Ponieważ dół jest szerszy niż góra, musimy go nieco zmarszczyć, by można go było przyszyć. Można to zrobić z taki sposób: fastrygujemy górny brzeg i przymarszczamy, tak by jego obwód był równy obwodowi górnej części. Rysunek nr 8.

Rysunek 8

10. Zszywamy razem górną i dolną część. Zapasy szwów przycinamy i obrzucamy. Rysunek 9.

Rysunek 9
I jak mawia Ewa Chodakowska "Już po krzyku!"
A o to efekt końcowy:


Jak tylko się rozpogodzi pojawi się więcej zdjęć. Dziś niestety musicie się zadowolić tylko tym, bo pogoda nam nie dopisuje. Ale może to czas idealny, by uszyć taką sukienkę a potem się nią pochwalić...

środa, 19 czerwca 2013

Koronkowe spodenki

Nie było mnie tu skandalicznie dawno, aż blog pokrył się prawie pajęczyną i troszeczkę zaszedł kurzem. Pffuu... dmuchamy na kurz i już nie ma brudu.
Proszę bardzo. Wszyscy mają koronkowe spodenki- mam i ja! W kolorze granatowym. Powstały z sukienki, którą już widzieliście (tu). Miała być na randkę, ale ponieważ ja nie obchodzę takich świąt, to sukienka była mi nie przydatna i tylko niepotrzebnie zabierała miejsce częściom garderoby, których mi brakuje. Więc powstały spodenki jako, że są przeze mnie traktowane jako przydatne do używania.
Jakoś tak nigdy nie umiem wyglądać na zdjęciach jak człowiek i załamana jestem, że jestem taka gruba. Doszłam jednak do wniosku, że szkoda mi zamykać bloga, bo nie wyglądam jak Natalie Portman, choć bardzo bym chciała. Zresztą... hmmm to nie konkurs piękności i powinnam się cieszyć, że mam dwie nogi i ręce oraz oczy, nos i włosy. I kapelusik. Rzadka to gratka, bo jakoś nie przepadam za kapeluszami i zawsze mi się wydaje, że po prostu wyglądam dziwacznie w kapeluszu, jak taki okaz muzealny.




Jak jest zimno to się mówi: Trzymajcie się ciepło. Ale jak jest tak gorąco, to może można powiedzieć albo też względnie napisać: Trzymajcie się chłodno...
Wobec tego trzymajcie się po prostu i pozostawajcie w dobrym zdrowiu.

poniedziałek, 20 maja 2013

Na dole róże, na górze bez, a Ty mnie lubisz jak kota pies.

Fakt, na dole róże. Jakoś tak wyszło. Spódniczka po prostu musi być, bo bez spódniczki nie można żyć. Materiał był, pomysł się znalazł.
Spódniczka jest zrobiona w prosty sposób który zaraz opiszę:

Dla rozmiaru 38:

Materiały i narzędzia:
Materiał we wzory o wymiarach: 90 cm x 140 cm
gumka, szer. 2, 5 lub 3 cm, dł. 75 cm
nici, szpilki
maszyna do szycia
nożyce
kreda, metr krawiecki

Wykonanie:
Z materiału wycinamy dwa kwadraty o wymiarach 53 x 53 oraz dwa prostokąty o wymiarach: 104 cm x 14 cm.
Prostokąty- wiązanie składamy wzdłuż dłuższych boków na pół prawą stroną do środka i zszywamy cm od brzegu. Wywracamy na prawo, prasujemy. Jeden koniec zawijamy na 1 cm do środka i zaszywamy bliziutko brzegu, drugi koniec może zostać otwarty. Kwadraty układamy na sobie prawą stroną do środka, ok. 5 cm od górnego brzegu pomiędzy warstwy materiału wkładamy wiązania. Zszywamy kwadraty od samej góry do dołu. Obrzucamy szwy boczne, zaprasowujemy na tył. U góry robimy tunelik na gumkę. Zawiń najpierw materiał na 0,5 lub 1 cm, to będzie zapas szwu, a potem na ok. 4 cm. Nie zaszywaj całego tuneliku, zostaw ok. 3 cm na wciągnięcie gumki. Uważaj, by podczas szycie nie zszyć wiązania, zszyj najpierw przód potem tył. Po wciągnięciu gumki zszyj gumkę i zaszyj pozostawiony wcześniej otwór. Obrzuć dolny brzeg spódnicy, zawiń pod spód na 1 cm. Przyszyj.
Voila!

Mam nadzieję, że opis jest w miarę czytelny. Pomysł jest zaczerpnięty z Szycia krok po kroku nr 1/2013. Ale wiązanie i sposób uszycia tunelu i dolnego brzegu to moja inwencja twórcza.

Zdjęcie nr 1

Zdjęcie nr 2

Zdjęcie nr 3

Zdjęcie nr 3 jest zrobione w pszczyńskim zamku, który miałam okazję odwiedzić po raz kolejny podczas Nocy Muzeów. Historia tego zamku jest bardzo ciekawa i bardzo lubię jego klimat.


A oto krótka lekcja historii:

Udokumentowane początki murowanego, obronnego zamku pszczyńskiego sięgają I połowy XV wieku. W czasach Heleny Korybutówny (1424-1449) zamek gotycki był potężną budowlą czworoboczną, składającą się z dwóch budynków z wieżami, połączonych murami. Całość chroniły wał ziemny i fosa.

Na przełomie XV/XVI w. dobrami pszczyńskimi władali książęta cieszyńscy. W 1517 roku Kazimierz II, książę cieszyński, dobra sprzedał możnowładcy węgierskiemu Aleksemu Turzo, co zakończyło okres panowania Piastów na ziemi pszczyńskiej. Utworzone zostaje Wolne Państwo Stanowe, a Pszczyna staje się jego stolicą.

W roku 1548 państwo pszczyńskie po raz kolejny zmienia właściciela - zostaje nim biskup wrocławski Baltazar Promnitz.

Lata panowania Promnitzów (1548-1765) to okres przekształcania gotyckiej budowli obronnej w reprezentacyjną rezydencję renesansową. Po 1737 roku nastąpiła przebudowa i rozbudowa zamku w trójskrzydłowy pałac barokowy.

Zamek renesansowy, dwupiętrowy, z krużgankami, zbudowany na planie nieregularnego czworoboku, znany jest z opisów zachowanych w książęcym archiwum oraz widoku zachowanego na słynnej mapie Andreasa Hindenberga z 1636 roku. Z  tamtej budowli zachowała się Brama Wybrańców, zbudowana przez Consilio Miliusa w 1687 roku, a będąca siedzibą straży zamkowej.

W burzliwe dzieje ówczesnej Europy wpisał się na trwałe jeden z najwybitniejszych kompozytorów barokowych Georg Philipp Telemann (1681-1767), w latach 1704-1707 nadworny kapelmistrz i organista w Pszczynie. Dziś melomani mogą przeżyć niezapomniane chwile słuchając jego muzyki w Sali lustrzanej Zamku Pszczyńskiego podczas organizowanych od 1979 r. "Wieczorów u Telemanna".

Kolejni właściciele Pszczyny (w latach 1765-1846), książęta Anhalt-Köthen-Pless, przekształcili zwierzyniec w park i wznieśli kolejne budowle. Powstały więc: pałac Bażantarnia w Porębie (na podstawie projektu Karla Langhansa), położony na skraju założonej w 1792 roku bażantarni oraz klasycystyczna Ludwikówka, wzniesiona przez Wilhelma Puscha niedaleko parku pszczyńskiego.

Po wygaśnięciu książęcej linii Anhaltów Köthen-Pless, dobra przejął Hans Heinrich X, hrabia von Hochberg. W 1850 roku otrzymał on tytuł księcia von Pless, który od tej pory przekazywany jest najstarszemu potomkowi.

Po Hansie Heinrichu X dobra pszczyńskie i Książ, odziedziczył jego najstarszy syn, książę Hans Heinrich XI (1833-1907). On też najdłużej panował na zamku (1855-1907), otrzymując w pięćdziesiątą rocznicę tytuł diuka (Herzoga). Z nim wiąże się obecny kształt samego zamku, jak i rozległego założenia ogrodowo-krajobrazowego sięgającego aż do zameczku myśliwskiego Promnice pod Tychami. W tym czasie Pszczyna odwiedzana była przez królów pruskich, niemieckich cesarzy oraz ich królewskich gości z całej Europy, a sam Hans Heinrich XI pełnił na dworze berlińskim godność cesarskiego Wielkiego Łowczego. Koniecznością więc stało się posiadanie rezydencji godnej pozycji księcia.

W latach 1870-1876 dokonano przebudowy rezydencji w Pszczynie (Chateau Pless) na podstawie projektu wybitnego architekta francuskiego Aleksandra Hipolita Destailleura. Elewacje dwupiętrowego zamku, założonego na planie podkowy, otrzymały kostium architektury francuskiej XVII wieku. Od strony miasta dobudowano westybul z trzybiegową klatką schodową i monumentalną salę jadalną (mieszczącą stół i 32 krzesła) z dwoma XIX-wiecznymi ogromnymi lustrami o powierzchni 14 m2 każde.

Po śmierci "starego księcia" dobra pszczyńskie przejął książę Hans Heinrich XV (1861-1938). Jego żoną była słynna z urody Angielka, Mary Theresa Olivia Cornwallis-West, księżna von Pless, nazywana Daisy (1873-1943). Po ślubie w Londynie przyjechała do Pszczyny i swoje pierwsze wrażenia zapisała w pamiętniku. "Znajdowały się tu hektary tarasów i ogrodów oraz wiele obojętnych rzeźb. Wspaniały porządek reprezentacyjnych przestrzeni z ciężkim bogactwem luksusu, ale bez komfortu i wygody, a nawet bez osobistej łazienki!".

W latach 1914-1917 zamek pszczyński odegrał znaczącą rolę, będąc cesarską Główną Kwaterą i siedzibą sztabu wojsk niemieckich. To właśnie w Pszczynie cesarz, szef sztabu gł. marszałek Paul von Hindenburg oraz szef sztabu wsch. generał Erich von Ludendorff podejmowali decyzje wojskowe zmieniające oblicze ówczesnej Europy.

Po plebiscycie w roku 1922 Pszczynę włączono do odrodzonego Państwa Polskiego. W 1936 r. powstała w parku nowa nekropolia. Znajdują się tam groby najmłodszego syna Daisy - hrabiego Bolko - i samego księcia Hansa Heinricha XV.
Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Pszczyny w lutym 1945 roku w zamku umieszczono szpital, jednak sam zamek jak i jego wyposażenie, w tym olbrzymie kryształowe lustra, ocalały.

9 maja 1946 r. otwarto dla publiczności podwoje zamku pszczyńskiego. Początki były skromne - ekspozycja znalazła swoje miejsce jedynie w kilku pomieszczeniach I piętra, gromadząc w nich zabytkowe przedmioty sztuki zdobniczej, zachowane z czasów panowania rodziny Hochberg.
Należy podkreślić, że w Muzeum zachowało się około 80% oryginalnego wyposażenia wnętrz z przełomu wieków XIX/XX. W ostatniej dekadzie przeprowadzono XX w. prace konserwatorskie, a w oparciu o zachowaną ikonografię i archiwalne spisy inwentarzowe przywrócono dawne funkcje oraz aranżacje wnętrz odkrywając oryginalne kolory i złocenia.


Poniżej jeszcze kilka zdjęć, tym razem z mojego prywatnego archiwum.




niedziela, 12 maja 2013

Zagubione w szafie...

Jakoś tak się złożyło, że mam kilka rzeczy w szafie, które uszyłam, zrobiłam, a których, sama nie wiem dlaczego, jeszcze nie zaprezentowałam. Być może dlatego, że nie było okazji, żeby zrobić z nich ładne zdjęcia. Wyciągnęłam je zatem z szafy i tu króciutko zaprezentuję. Może kiedyś do nich wrócimy przy innych okazjach.

Na pierwszy ogień:
Kimonowy sweterek. Z kupnem tej włóczki było nie co zamieszania:

Mistrz Pan i Władca szydełka kompromituje ekspedientkę przy zakupie włóczki:
- Poproszę tę szmaragdową.
- Ta?
- Nie, to jest granatowa. Ta obok.
- Ta?
- Nie dżinsowa tylko ta z drugiej strony.
- Ta zielona? Ale ona nie jest czerwona.
- Ja powiedziałam że szmaragdowy, a nie bordowy...
Potem jednak zdecydowałam się dżinsowy kolor (oczywiście pani myślała, że to musztardowy). 

Wzór zaczerpnięty ze starej maminej książki o robótkach. Powiem szczerze, że choć modele w tej publikacji bardzo mi się podobają, są bardzo praktyczne, to jednak rozczytywanie instrukcji daje mi ostro popalić, bo prostu jest jakiś słabo dla mnie zrozumiały. Jest po polsku, ale jakoś nie umiem się w tym połapać.
Oczywiście i tym razem nie obyło się bez żmudnego prucia. Jestem po prostu przyzwyczajona do innego sposobu opisu i nie umiem się przestawić. Zwłaszcza na początku, w końcu jednak dochodze metodą prób i błędów do prawidłowego rozwiązania.
A to wynik tych twórczych poszukiwań:







Kolejnym dziełem wykopanym z dna szafy jest ta oto zielona asymetryczna sukienka uszyta na podstawie wykroju z Burdy nr 8/ 2012. Jest dłuższa z tyłu, trochę to widać na zdjęciach, ładnie się prezentuje na kimś, w sensie na mnie. Na wieszaku może nie robi wrażenia. Ładnie podkreśla talię, co akurat jest dla mnie ważne, jeśli chodzi o sukienki. Myślę jeszcze o wersji w kwiatki, może z krótkim rękawem.





Ostania dziś pojawi się koszula w kwiatuszki. Uszyta również na podstawie wykroju z Burdy, nr 5/ 2010. Już troszkę czasu minęło odkąd powstał pomysł jej uszycia, szyła się prawie rok, także nie bierzcie ze mnie przykładu. Ale nie znudziła mi się przez ten czas, więc została dokończona. Myślę, że i ona pojawi się jeszcze kiedyś na blogu.






To na dziś koniec prezentacji. Do zobaczenia następnym razem.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Spodenki w groszki

Zapewne was zaskoczyłam znów moją tytułową inwencją... Hah... no trudno. Spodenki w groszki... Groszki. Początkowo z tego materiału miała powstać sukienka, ale stwierdziłam, że to zbyt karkołomne. Bo gdzie bym w tym miała chodzić? Potem pomysł zaczął krążyć wokół spódnicy.... Hmm... Ten pomysł jednak wkrótce również "umarł", bo też bym w niej nie chodziła. W końcu zobaczyłam w nowym "Szycie krok po kroku" 1/ 2013 wzorzyste spodenki. Tak, takie chcę! No i uszyłam. Mają duże kieszenie i krój "bombkowy", jak to się nazywa inaczej? Mam jeszcze pomysł na bluzkę do tych spodenek, ale potrzebuję jeszcze czasu do zrealizowania tej koncepcji.
Jestem ogólnie rzecz ujmując zadowolona z efektu.
Teraz już bez romantycznych numeracji trzy zdjęcia.

Zdjęcie nr 1

Zdjęcie nr 2

Zdjęcie nr 3

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Koszula w kratę

Bywam czasem pod wrażeniem własnego olewactwa. Mogłabym jakoś mądrzej i bardziej trendy zatytułować post. Tak jakoś szałowo. Wszystko musi być ekstra, bo się wypada z obiegu. Ale jakoś nic ekstra do głowy nie wpada.
Koszula jest nowa. Uszyta przeze mnie z wykroju Burdy nr 3/2013. Napiszę może coś niepopularnego, ale ani płaszczyk ze zdjęcia ani buty nie są z tego sezonu ani nawet z poprzedniego. No cóż, bywa - obywam się bez najnowszej kolekcji h&m czy innych podobnych. Łażenie po sklepach mnie po prostu męczy. Kupuję, jak nie mam się w co ubrać, a szyję, bo akt tworzenia jest dla mnie wielką przyjemnością. Lubię koszule w kratę i z tą koszulą też się bardzo polubiłam. Jeśli chodzi o ubieranie... hm, no cóż zawsze tak wyglądam. Ostatnio na jednym blogu przeczytałam komentarz, brzmiący jakoś tak: "A tam zaraz set. Po prostu się ubrałaś." I tak się zaczęłam zastanawiać, co mogła innego zrobić ta biedna blogerka? Coraz częściej nachodzi mnie myśl, że po prostu jestem za tępa.
A co do koszuli to kieszonka miała być a' la Cejrowski, czyli "niewidoczna", ale się tak nie do końca udało, czego można się dowiedzieć studiując zdjęcie nr 4. Koszula ma jeszcze po bokach guziczki i można ją tak trochę przymarszczyć. A rękawy można też podwinąć, co widać na załączonym obrazku nr 3.

Zdjęcie nr 4

Zdjęcie nr 3
Ha, nie ma zdjęć nr 1 i 2, ale was skołowałam... Nie, przepraszam. To było nie na miejscu, ale tak mi się przypomniało, że w romantyzmie też tak poeci oszukiwali ludzi i III część "Dziadów" nie była trzecia w kolejce.

czwartek, 14 lutego 2013

Uroczy koszyczek

Nie wiem jak inaczej można go określić, bo i kolorystyka taka... hmmm urocza, ale jeszcze nie taka bardzo przesłodzona i nieporadność tego wyrobu powodują, że to jedyne słowo które przyszło mi do głowy. Za papierową wiklinę miałam plan zabrać się już wcześniej. Ale jakoś tak nie miałam czasu, ble, ble, ble, ale obiecałam sobie, że w czasie ferii na pewno się za to zabiorę. Po ostatnim egzaminie udałam się więc do kiosku po piątkowe wydanie Gazety Wyborczej. Mój tata byłby dumny, widząc co to za gazeta, ale widział rureczki już skręcone, więc nie bardzo się domyślił. Piątkowa Wyborcza ma to do siebie, że ma w środku jeszcze jakieś dodatki, jest o pół złotówki droższa niż normalnie, ale papieru w środku ma drugie tyle co sama gazeta. Dziwne to dla mnie, ale taka już jest. Nadmienię tylko, że nie czytam Gazety Wyborczej i nie popieram treści w niej zawartych i jedyne, na co zasługuje to wykorzystanie jej na koszyk. Przepraszam tu wszystkich, ale może lepiej wiedzieć, z kim się ma do czynienia, a nie będę udawać, że jestem apolityczna, skoro słuchanie radia wywołuje we mnie stany nerwicowe. Na tym zakończymy prezentację moich poglądów politycznych, powracając do tematu. Rureczki cierpliwie skręcałam, chociaż na początku szło mi okropnie, a jak już szło mi dobrze, to rozbolały mnie rączki. Kiedy uporałam się ze stadem rurek przyszedł czas na szukanie pudełka, żeby zrobić dno:
- Tego nie bierz, bo go potrzebuję.
- Do czego?
- Jest mi potrzebne.
- Ale po co ci takie pudełko, które się rozwaliło.
- Bo buty w nich były, muszę mieć pudełko na nie, jak od komputera.
- Buty możesz dać do worka, zresztą nie masz już gwarancji.
- Odczepisz się! To jest moje pudełko i ja go potrzebuję.
Znalezienie kartonika na dno pudełka okazało się nieco skomplikowane, ale w końcu wygrzebałam pudełko po moich czarnych szpilkach i bez żalu wycięłam dwa prostokąty. Wyplatałam koszyk z pomocą pudełka po lodach, bo ma idealny kształt. Lekko rozszerza się ku górze, więc koszyk ma ładne proporcje. Gdyby nie to pudełko to wyglądałby chyba jak statek kosmiczny. Mimo, że koszyk był wyplatany przy pomocy wzornika, to wyszedł jakiś krzywy...
Chciałam, żeby koszyk wyglądał podobnie do tych, które można kupić w marketach typu Ikea albo Jysk i myślę, że nawet to się udało. Jak już będę "duża" i będę miała swoją kuchnię, to na pewno znajdzie się w niej miejsce dla takich wyrobów. Koszyk został pomalowany białą farbą akrylową i lakierem matowym, choć w zasadzie daje on takie raczej satynowe wykończenie. Do środka koszyka uszyłam wyściółkę. Ten materiał jest bardzo ładny, chciałam z niego uszyć fartuch kuchenny, ale jak będę nim rozporządzać w taki sposób, to może mi się nie udać. Nie przyznam się, że w bębenku miałam tylko granatowe nici, bo i tak tego nie widać. Pliska, koronka, którą został ozdobiony brzeg wyściółki, została zrobiona przeze mnie na szydełku. Nie miałam siły chodzić po pasmanteriach szukając różowej koronki, która by mi odpowiadała, więc wykorzystałam własne zasoby materiałów i umiejętności.





Zmierzając do podsumowania. Chociaż koszyczek jest taki nieporadny, to jednak na pewno zrobię kolejne, bo bardzo mi się to spodobało. Nie jest to bardzo trudne (przynajmniej na razie), tanie jeśli chodzi o materiał i dosyć efektowne. Będziemy kontynuować to dzieło.

sobota, 22 grudnia 2012

Świąteczna bluzeczka

Kiedy zobaczyłam ten materiał wiedziałam, że musi być mój. Jestem sentymentalna w kwestii ubrań i lubię czasem wbrew trendom sięgnąć do własnej szafowej przeszłości. Miałam kiedyś (nie było to tak dawno) podobną bluzeczkę (o print chodzi, bo fason to raczej nie), ale moja siostra stwierdziła, że wygląda w niej lepiej niż ja i porwała ją, ja się w porę nie zorientowałam i po prostu nie wykupiłam zakładnika. Ponieważ świąteczne porządki zostały przeze mnie zrobione w zeszłym tygodniu, mogę znów bałaganić do woli. Znów szafa się zapełni stertą ubrań, choć teraz wygląda tak elegancko i nawet zachęcająco, a wyciąganie i wkładanie ubrań przestało być udręką. Wszystkie rzeczy leżą na swoim miejscu, co nie jest naturalnym stanem mojego otoczenia. Bałaganiarą jestem po prostu, ale ze względów czysto kulturowych i przymusu dopasowania się do społeczeństwa (tak to jest jak się dziecko zakocha) muszę utrzymywać swój pokój w jako takim ładzie, żeby trenować okiełznywanie drobnych przedmiotów codziennego użytku. Liczę na to, że uchroni mnie to przed przynajmniej częścią nieprzyjemności wynikającą z kontaktów z rodziną, która mnie na razie nie lubi. To nie jest moja wina, że moja mimika twarzy zdradza najmniejszą myśl. Nie umiem nawet udać, że podoba mi się spódniczka, choć bardzo chcę; po prostu mina wytrawnego krytyka modowego, która mówi: ot, to przecież prawdziwe faux pas, zdradza zbyt wiele i okrzyk: jakaż piękna spódniczka, jak dobrze leży (chyba w szafie :P) brzmi przynajmniej nieszczerze i robi na ludziach, którzy oczekują ode mnie bycia miłym, złe wrażenie. Tak złe, że w tym roku śpię spokojnie o moje świąteczne wypady, bo nie chcą mnie już widzieć. To nie moja wina, że moje normalne otoczenie bierze większość rzeczy na luzie i pozwala mi na własne opinie, nie alienując mnie całkowicie. W zasadzie to większość ludzi macha na mnie ręką, ale czasem faktycznie przyznają mi rację, kiedy już znajdą lustro. Zresztą porządek był potrzebny, bo mam teraz laptopa własnego i musiałam dla niego znaleźć miejsce, w miarę bezpieczne, żeby go nikt nie uszkodził przez nieuwagę. Wróćmy jednak do tematu. Bluzeczkę uszyłam, mimo braku proszonych obiadów, bo po świętach czeka mnie piękna podróż i zwiedzanie naprawdę wspaniałych miejsc, więc takie ubranko z pewnością się przyda. Bo okazje będą różne, więc trzeba mieć różne kreacje w plecaku.
Do uszycia wykorzystałam wykrój z "Szycia krok po kroku", z numeru drugiego z tego roku, z kolekcją jesienno-zimową. Lubię te wykroje, bo można nimi na wiele sposobów manipulować. Modele można zmieniać i łączyć w nowych konfiguracjach. Bluzka tam zaprezentowana nie miała rękawów, ale były w wykroju, przeznaczone na sukienki, ale ja potrzebowałam akurat takiej bluzki, więc wycięłam części bluzki plus rękawy. Bałam się oczywiście efektu końcowego. Bluzka miała dobrze wyglądać z połączeniu ze spódnicą, wersja odświętna i z dżinsami, wersja bardziej na co dzień. Wygląda dobrze. Marzy mi się ciemnoczerwona ołówkowa spódniczka do tej bluzki, ale nie znalazłam jeszcze materiału, więc niebieska musi wystarczyć. Miś występujący na fotografiach to upominek od koleżanki, na coś się przydał :)





To ostatni wpis w tym roku. Świątecznie z Wami się żegnam, mając nadzieję na kolejne spotkania w nowym roku. Zazwyczaj życzymy ludziom tego, co sami chcielibyśmy mieć, np. powodzenia w życiu prywatnym, karierze zawodowej, zdrowia, o które tak bardzo się troszczymy i boimy, radości, której nam zawsze brakuje. Więc życzę wam tego, co chcecie, bo już wy sami wiecie najlepiej. Denerwuje mnie, kiedy mówi się, że w święta najważniejsza jest rodzina, wigilia, to jest dopiero początek. Tak często zapominamy Czyje to Urodziny. A to sam Bóg przyszedł do nas na ziemię.

wtorek, 23 października 2012

Musztardowa bluzka

Udało mi się dokończyć prostą bluzkę z długim rękawem, wykrój z Szycie Krok po Kroku 2/2012.
Musztardowy kolor zawsze kojarzy mi się z jesienią. Zdjęcia w podobnej scenerii jak poprzednie. Chyba należy się kilka słów wyjaśnienia.
Ten widok niezmiennie wprawia mnie w melancholijny nastrój. Niedaleko stała kiedyś fabryka cementu. Dzisiaj prawie nic z niej nie zostało. Często słyszę opowieści o tym, jak z kamieniołomu do cementowni jeździły wagoniki, podobno w niektórych miejscach były zawieszone tak nisko nad ziemią, że można było do nich wskakiwać. Wagoniki przywoziły do fabryki niezbędny surowiec. Dziś zostało po nich kilka cegieł. Mimo iż powstają na miejscu jakieś nowe zakłady, nikt nie wie, co się w nich produkuje lub co się będzie w nich produkować. Nawet nie wiadomo czy na pewno ruszą, chociaż hale stoją już gotowe od kilku miesięcy.
Na zdjęciach widać tory. Kiedyś były one symbolem łączności ze światem. Budowa torów była zawsze przełomowym wydarzeniem w życiu lokalnych społeczności, nie tylko w Europie, ale w zasadzie w każdym miejscu na Ziemi, gdzie kolej powstawała. Dziś, cóż. Chyba świata mamy dość i nie zależy nam na tym, by się z nim komunikować. O kolejce już dawno wszyscy zapomnieli. Po peronach hula wiatr, wiat już dawno nie ma. Kable, które jeszcze nie zostały skradzione, smętnie zwisają ze słupów. Chciałabym jeździć pociągiem na studia, ale to nie możliwe, na pewno do maja przyszłego roku, może ktoś się wreszcie zlituje nad naszą linią kolejową czynną przez blisko 200 lat. I pociągi nie jeżdżą, więc łazimy po torach uważając na pociągi sieciowe i drezyny, które i tak tędy nie jeżdżą. Cichutkie nowe elfy jeżdżą po Śląsku, ale widać Śląsk Cieszyński to nie Śląsk. A wystarczy przejść 10 km - Czeski Cieszyn, Trzyniec - tam pociągi jeżdżą, normalnie, co 15 - 20 minut. A nasza delegacja musiała jechać aż do Chin, żeby zobaczyć kolejnictwo, a wystarczył spacer po Zaolziu. I tak nam to nic nie dało.
Wyszło ze mnie narzekanie, zakrzyczą mnie fanatycy pozytywnego myślenia. Ale moi drodzy, nie można zamykać oczu na niewygodną prawdę, a takie są po prostu fakty. Przykro mi, że pokazałam wam kawałek świata, który jest dla was niewygodny i będzie was uwierał, bo wolelibyście jakąś romantyczną historię usłyszeć o tych torach, o tym jesiennym tle. Ale nie. Złośliwie dzielę się z wami tą gorzką historią, nie odczuwając wcale satysfakcji. Na pocieszenie tych kilka zdjęć.








Bluzka: Nina hm
Spodnie: lokalny sklep
Pasek: sh
Trampki: lokalny sklep
Torebka: Tunezja
Broszka: szkatułka Babci

środa, 15 sierpnia 2012

Romantic blue marine

Koronka, koronka. Uwielbiam koronki. Są bardzo kobiece, zwiewne i lekkie. Dziś w wersji może nieco wieczorowej, ale myślę, że sprawdzi się również podczas mile spędzonego popołudnia, pod warunkiem oczywiście, że ma się go z kim spedzać. Choć samotnie spędzane popułudnia też mają swój urok, zdąrzyłam się przyzwyczaić.
Chciałam taką sukienkę, ale jak wiadomo za ubrania trzeba czasem płacić, a przyznam szczerze, że kwota na metce w sklepie, która była przyczepiona do obiektu moich westchnień zniechęciła mnie skutecznie do jego zakupu. Wymyśliłam za to plan na granicy geniuszu. Stwierdziłam, że zakup czegoś takiego w lumpeksie wyjdzie mnie taniej. Tu musiałam stawić czoła brutalnej rzeczywistości, więc obmyśliłam plan...
Kupiłam jeden, za duży na mnie, koronkowy komplet z halką oraz gumkę. Nieco skróciłam spódnicę i bluzkę, a także ramiona halki. Zawsze frapuje mnie wybór wysokości rombka. Nie chciałam, żeby była za długa, bo wyglądałaby "babciowo", jak ja to mówię, ale też nie za krótka, bo źle bym się w niej czuła. Oczywiście zaczęłam na nią "pracować" zanim rozbiłam się na rowerze, więc nie przewidziałam, że sukienka powinna zasłaniać kolana. Ale cóż los płata nam nie takie figle.



Bluzkę zszyłam, żeby się nie rozpinała, bo nie jest mi to potrzebne i przyszyłam do spódnicy.
Naszyłam tunelik i wciągnęłam gumkę.



Zawsze kiedyś coś przerabiam albo szyję zastanawiam się czy to na pewno się opłaca, czy będę potem w tym chodzić, bo nie ma możliwości przymierzenia czegoś wcześniej,. Jest jakaś wizja, ewentualnie poprawki, ale co się stanie jak efekt końcowy nie będzie taki, jak zamierzałam albo nie będzie to po prostu do mnie pasować. Jeszcze nie opracowałam odpowiedniego systemu selekcji pomysłów, choć powoli taki powstaje. Ta sukienka jest akurat strzałem w dziesiątkę i na pewno będę w niej chodzić.
Łatwe i właśnie w swej prostocie genialne. Idealne ubranie na pierwszą randkę... Ale to nie znaczy, że nie będę w nim chodzić, skoro pierwsze randkowanie już za mną... Choć jeszcze nic nie wiadomo. Granatowy kolor sukienki przełamałam czerwonym paskiem. Nawet paznokcie sobie pomalowałam na czerwono, pod kolor tego paska i patrząc na siebie z ironicznym półuśmiechem pytam: po co to wszystko. Po nic. I z tym jakże optymistycznym przekazem was dzisiaj pozostawiam. Bo czy wszystko musi być po "coś". Jak widać rzeczy robione po "nic" też mogą wyglądać atrakcyjnie.

A niech tam, króciutka lista:
Sukienka: by Nina
Pasek: sh
Kolczyki: by Nina

piątek, 3 sierpnia 2012

Orange maxi czas...

Lato w pełni, a tu taka checa! Do końca tych wakacji, jeśli nie do końca mojej marnej egzystencji, nie będę mogła nosić krótkich spódnic i spodenek... Przewróciłam się na rowerze, mam guza na czole i jestem poobdzierana, zwłaszcza na kolanach. Pocieszający jest fakt, że w tym roku moda na "maxi", więc nie będę wyglądać bardzo dziwacznie i wrócę do swoich dawnych upodobań, bowiem w młodszym wieku chętniej sięgałam po dłuższe spódnice. Okazało się jednak, że nie mam w domu zbyt wiele materiału. Zebrałam więc podłużne pasy pomarańczowej bawełny i zszyłam ze sobą, wciągnęłam gumkę i jest...
Przynajmniej nie będę straszyć ludzi na ulicy miomi kolanami.



Oto prosty przepis na długą spódnicę:

gumka o szer. 2 cm
trzy pasy tkaniny o szer. ok. 40 cm o dł. 130, 180 i 284 cm.

Zszywamy pasy wzdłuż krótszych boków. Obrzucamy brzegi. Średni pas marszczymy, by jego górny brzeg miał taki sam wymiar jak najmniejszy pas. Zszywamy je ze sobą. Obrzucamy brzegi, zapracowujemy szwy.
Z kolejny pasem postępujemy analogicznie (jego wymiar ma być taki jak dolny brzeg środkowego pasa). Górny pas nieco obcinamy, robimy tunel i wciągamy gumkę. Brzeg spódnicy zawijamy pod spód i przyszywamy.
To taka spódnica na szybko.

Koszulka też została zrobiona przez mnie, nie uszyta, ale rysunek to moje dzieło :) Także podziwiajcie. Mój brat uczy się rosyjskiego, ja też się co prawda uczyłam, ale moje serce jednak na zawsze skradł francuski. Matrioszka, czyli inaczej baba w babie to bardzo popularna zabawka rosyjska, jest uznawana za jeden z symboli Rosji. Aby się w nie zaopatrzyć nie trzeba jednak udawać się w daleką podróż koleją i starać się o rosyjską wizę, skądinąd bardzo elegancko zdobiącą paszporty nowego typu, wystarczy wycieczka w górskie rejony naszego pięknego nadwiślańskiego kraju. Ponieważ Rosja nie należy do Unii Europejskiej nie ma wyłączności na matrioszkę i można ją kupić wszędzie. Zawsze chciałam mieć taką babę w babie, ale jakoś nikt mi nigdy nie chciał kupić, więc na pocieszenie narysowałam ją sobie na koszulce.